Zmęczony rokiem picia.
Z napuchniętą mordą
z kumplem mym
najlepszym witając się,
tak z mą wódką...
W szaleńczo szarym świecie
Czy to w zimie, też w lecie.
Upadajac w szczątkach wiary.
Widząc jedynie bezlitośnie
krwawiące rany.
Tu dostałem wpierdol,
tam przywitałem się z ulicą.
Jedząc resztki zamieszkały pod
psią piwnicą.
Nie widząc problemu
Przechlałem mego syna
pierworodnego...
Dziś leżę tu w prosektorium,
zastanawiając się co to za montstrum...
W grudniu mrozem nietknięty
Przy odwiedzinach w tydzień następny,
w mieście kamieni i świec.
Zupełnie przez rodzinę pominięty.
Za płynem tym już nie tęsknię.
W piekle me miejsce.
Pełen pogardy i żalu
Zabiłem siebie.
Człowieka, jakim niegdyś byłem...
Dla tego całego pieprzonego alkoholu...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz